Przeszukaj serwis  
Newsletter    
 
 

Wyprawy nurkowe

BORNEO 2009

TAM, GDZIE ŻYJĄ SMOKI LUDZIE SĄ SZCZĘŚLIWI

 

Bhinneka tunggal ika – jedność w różnorodności. To stare motto jawajskie oznacza jedność Indonezyjczyków pomimo ich odrębności etnicznych i kulturowych. Wydaje się być ono istotą Indonezji, kraju położonego na 17 500 wysp, kraju wielu religii, wierzeń i kultur a także różnorodności smaków, zapachów i zwyczajów. Na pozór odrębni i inni, żyjący na przestrzeni ponad 5tyś km wzdłuż równika, pomiędzy Oceanem Spokojnym i Indyjskim – mają jednak wiele wspólnego. Łączy ich uśmiech i radość życia.

Kiedy 46 lat temu mój przodek postawił swoją stopę w Indonezji, nie było mnie na świecie! Dziś eksploruję ten kraj już trzeci raz i to w ciągu jednego roku! Życiem ewidentnie rządzi przypadek i najważniejsze to umieć przyjąć to, co ono przynosi. Dziś jestem szczęśliwa, że umiałamJ

A wszystko zaczęło się tak: prawie 2 lata temu na mojej drodze życia stanął człowiek, który w Indonezji był już ponad 40razy! Człowiek ten był prawie na wszystkich indonezyjskich wyspach, przejechał samochodem całą Jawę, Flores i Lombok. Zna Indonezję na lądzie i pod wodą. Jest zakochany w tym kraju, jego przyrodzie, kulturze i ludziach. Opowiedział mi o pewnym polskim misjonarzu o imieniu Stanisław, który mieszka na Flores i buduje drogi, mosty i kościoły a miejscowym dzieciom nadaje polskie imiona, np. Jan Kos (to po Janku z „Czterech pancernych”!) Duchowny ten jest misjonarzem z zakonu Werbistów i mieszka na Flores już ponad 45lat! Jakież było zdziwienie Piotra, kiedy po wysłuchaniu tej pasjonującej opowieści powiedziałam: „Ale to mój wujek – brat mojego ojca!” J Nasza rozmowa trwała jeszcze długo i stawała się coraz bardziej pasjonująca, niemniej jednak okazało się, że to jednak nie onL To przyjaciel mojego wujka, także Werbista, który wraz z 20ma innymi misjonarzami w 1965 roku przyjechał na misję swojego życia, na Flores a nastepnie na Borneo. Teraz my przemierzamy Indonezję po jego śladach!

 

MISJA BORNEO i SZEF NA GÓRZE

Decyzja zapadła. Jedziemy na Borneo, trzecią, co do wielkości, wyspę na świecie. To takie proste! Dlaczego wiec nigdy dotąd ta myśl nie przyszła mi do głowy i nie starczyło siły, by zrealizować marzenia? Widocznie na wszystko w życiu przychodzi odpowiednia chwila, tak i na tą wyprawę. Wraz z moim partnerem Piotrem, nurkiem, podróżnikiem i fotografikiem, planujemy trasę wyjazdu. Najpierw lot do HongKongu, potem do Jakarty na Jawie a stamtąd do PalangkaRaya, stolicy Kalimantanu. Proste. Ruszamy.

Wszystko idzie planowo, w HongKongu zatrzymujemy się na 2 doby, by zaginąć w tyglu ludzi i kolorowych świateł, w świecie najnowszych technologii i drapaczy chmur. Dosłownie zostajemy wciągnięci w wir ruchliwych ulic, kiczowatych chińskich straganów ze wszystkim co niepotrzebne, „copy watches”, „copy watches” krzyczą uliczni straganiarze a ze stojącej przy krawężniku gar-kuchni dochodzi nas smakowity zapach. Noc mija bardzo szybko.

Następny przystanek: Jakarta. Czekamy na lot na Borneo. Nie tylko my czekamy. Pracownicy lotniska kryją się w cieniu samolotu przed palącym słońcem.

Już kolejną godzinę jest przesuwany, z powodu dymów zasnuwających niebo. Dymy pochodzą właśnie z Borneo, z wypalanych przez farmerów plantacji palm. Są tak duże i intensywne, że przysłaniają widoczność samolotom aż do Singapuru! Więc czekamy. Po 9 godzinach koczowania na lotnisku i wsłuchiwania się w kolejne komunikaty o przesunięciach, nasza cierpliwość się wyczerpuje. Piszemy do wujka sms,a, że nie wiemy, czy i kiedy uda nam się dolecieć na Borneo i że mamy prośbę, żeby załatwił ten temat ze swoim „Szefem” na górze. Może On może jakoś pomóc w kwestii tych dymów..

Po kilkunastu minutach słyszymy komunikat z głośników: All passangers travelling to PalangkaRaya in Kalimantan please RUN to gate number 9!!!

No proszę! Dymy się rozwiały! Jak to dobrze mieć wujka, co ma chody u SzefaJ W 15 minut samolot jest pełny, wszyscy na miejscach, lecimy! 

SIWY DYM

Szczęśliwie lądujemy, ale ostry i drapiący dym wdziera się do naszych gardeł i płuc, wywołując natychmiast uporczywy kaszel. Następnego dnia ruszamy w drogę do południowy skraj Borneo, do Tanjung Puting National Park, gdzie w naturalnych warunkach żyje około 6tyś orangutanów. Próbujemy zapakować się z bagażami do 40to letniej Toyoty Kijang, co nie jest łatwe i kończy się połowicznym sukcesem. Efekt jest taki, że nasze bagaże zajmują całe tylnie siedzenie, a my (7 dorosłych osób) siedzimy ściśnięci w środku jak sardynki, wykonując w drodze karkołomne ewolucje, by ulżyć ścierpniętym kończynom. Nasz samochód też odczuwa ten ciężar, bo czasami grzęźniemy w piachu, pokonując bezdrożne odcinki trasy.

Widoki, jakie mijamy po drodze odsłaniają nam prawdę o Indonezji i pokazują powód naszego koczowania na lotnisku. Farmerzy wypalają swoje plantacje palmy oleistej praktycznie przez cały rok i praktycznie wzdłuż całej długości drogi, jaką mijamy. Mimo zakazów rządowych i kar nie zaprzestają tego procederu. Plantacje palmowe to ich źródło utrzymania, wypalona plantacja odradza się w ciągu roku, wzrastając szybko na zalegających popiołach. Wypalanie jest szybsze i tańsze niż karczowanie rozległych plantacji. Ot, i cały powód.

CZAS NIE ZAJĄC

Po przejechaniu ponad 500km ściśnięci jak sardynki, grubo po zmroku docieramy do PangkalnBun. Padamy zmęczeni by z samego rana udać się do portu, w którym czekać miała na nas motorówka. W Indonezji pojęcie czasu jest względne a tempo życia dalekie od naszego. Siedzimy więc kilka godzin na przystani, paląc papierosy z autochtonami i obserwując życie mieszkańców portu. A jest na co popatrzeć. Portowe życie jest ruchliwe i gwarne.  Domy na palach naprawdę są zamieszkałe, pełno tu dzieci, niektóre bawią się beztrosko, inne utraciły swoje dzieciństwo i pomagają w pracy rodzicom, np. nalewając benzynę do małych motorowych łódeczek. Czas płynie tu wolniej, ale cokolwiek by się nie działo i jak biedni nie byliby ci ludzie, zawsze jedno łączy ich wszystkich – wielki i serdeczny uśmiech.

LUDZIE LASU 

Orang – znaczy człowiek. Utan – las. Orangutan – człowiek lasu. Do Tanjung Puting National Park płyniemy małą motorówką po rzece, przy brzegach której, w korzeniach przybrzeżnych palm, wylegują się leniwie krokodyle. Mijamy kolorowe łódki rybaków, którzy machają nam przyjaźnie.

Podróż trwa około 2h. W końcu docieramy na miejsce. Wita nas tablica z niezbędnymi ostrzeżeniami i od razu niecierpliwie wypatrujemy orangutanów.

Żyje ich tu około 6tyś szt, są pod ścisłą ochroną. Nagle coś szeleści w zaroślach po lewej. Naszym oczom ukazuje się dorodny samiec z bananem w ręce. Podziwiamy, jak sprawnie sobie z nim radzi, jak precyzyjnie obiera kawałki skórki, by następnie wepchnąć sobie całego banana do pyska i przeżuć go na miękką papę, którą następnie będzie wypluwał na rękę i ponownie przeżuwał:)

niezwykle podobne do nas stworzenia rozczulają nas swoją opiekuńczością wobec młodych,

budzą podziw sprawnością i synchronizacją ruchów przemieszczając się z drzewa na drzewo

oraz rozśmieszają do łez, kiedy śmieją się jak my.

Niesamowite jest to, że możemy podejść do nich tak blisko i być wśród nich! W Tanjung Puting National Park orangutany żyją na wolności. Nie maja klatek, zagród a nawet wybiegów. Żyją w swoim naturalnym środowisku a człowiek jest tylko elementem natury, jak drzewa czy inne zwierzęta.

Trudno nam rozstać się z tymi przemiłymi rudzielcami i gdyby nie 100% wilgotności i temperatura z piekła rodem, pewnie siedzielibyśmy tam do wieczora. W powrotnej drodze słyszymy dźwięki gitary i znany na całym świecie utwór Led Zepplin „Stairways to Haven” – to młodzi strażnicy parku umilają sobie w ten sposób czas

a orangutany odprowadzają nas wzrokiem na pożegnanie, jakby chciały powiedzieć „zobacz synku, tak wyglądają ludzie”J

ŁOWCY GŁÓW

Następnego dnia czeka nas inna, jeszcze bardziej niezwykła przygoda. Jedziemy do wioski Dayaków, dawnych łowców głów. Po drodze mijamy już pierwsze chaty, przepiękne kobiety i dzieci. Kobiety dajacki słyną w Indonezji ze swej urody. Nie możemy się z tym nie zgodzić.

Przyjeżdżamy ciut za wcześnie, jeszcze nie wszystko gotowe. Aby dać mieszkańcom czas na niezbędne przygotowania jedziemy do pobliskiej kopalni złota, ekscytując się żółtym kruszcem, który jak się okazuje, niespecjalnie przypomina złoto w naszym wyobrażeniu, czym trochę nas rozczarowuje.. Także maszyna do płukania złota wygląda jak zabytkowy relikt, ale działa i pracuje pełną paraJ

Wracamy i uroczystość już gotowa. Wioska przybrana flagami i kwiatami, ludzie ubrani odświętnie czekają już na nas. Urządzają nam prawdziwą ucztę. Przygotowali ceremonię w wyniku której zostajemy przyjęci do szczepu. Pijemy arak z wielkich rogów, tańczymy ich taniec i jemy razem z nimi na podłodze. Jak się okazuje, nie tańczę zbyt dobrze, za bardzo kręcę biodrami, za co dostaję reprymendę, że tak nie wypada. W tańcu Dayaków biodra są nieruchome, można powoli ruszać tylko rękoma i ramionami. Cała wioska licząca ok. 1000 osób chce nas zobaczyć, ale nie wszyscy dostępują zaszczytu wejścia do sali biesiadnej. Tylko naczelnicy wioski i osoby wpływowe mają ten przywilej.

Cała reszta zgromadzona u drzwi spogląda na nas z zaciekawieniem, we wszystkich oknach pełno głów i ciekawych oczu. Nasze białe skóry są nie lada atrakcjąJ

KOMU W DROGĘ, TEMU CZAS

Z żalem, ale zaczynamy pomału zbierać się do wylotu. Z kraju dochodzą nas różne wieści o wybuchu wulkanu na Islandii, z niepokojem sprawdzamy więc informacje w Internecie. W naszych głowach rodzą się różne katastroficzne wizje. Na szczęście wszystko dobrze się ułożyło i bez przeszkód udaje nam się dotrzeć do domu.

Borneo zostaje w naszej pamięci jako niezwykła wyspa o niesamowitej, wybujałej i dzikiej wręcz przyrodzie i fantastycznych ludziach! Ubogich, lecz szczęśliwych i uśmiechniętych.

Ale poza pamięcią, Indonezja pozostaje także w naszych sercach, Piotra i moim. Wrócimy tam jeszcze nie razJ

2007 - 2010 © Dragon Dive - Nurkowanie Bali - Polskie centrum nurkowe

Projekt & cms: www.zstudio.pl
tel. 601 940 630
tel. 505 227 570
email:  
dragon-dive.pl
ul. Elektoralna 19 A/27
00-137 Warszawa